Hic sunt leones, czyli o Ukrainie w „Jądrze ciemności”
Gdy pierwszy raz wybieraliśmy się na Ukrainę, rodzina na wszelki wypadek uznała za stosowne pożegnać się z nami. Niby do Kijowa bliżej niż do Paryża, ale wiadomo: tam tylko rekiet, skorumpowana policja, rezuni polujący na Lachiw, polakożercy z UNA-UNSO i sowiecka mentalność. Na dodatek na Krymie właśnie zanotowano przypadki dżumy, pod Kijowem reketierzy znów napadli na polską ciężarówkę, a ówczesny ukraiński prezydent został przez opozycję oskarżony o morderstwo. Dla wszystkich było więc jasne, że dobrowolnie zdecydowaliśmy się na zstąpienie do piekieł.
Uwaga: niebezpieczeństwo
We Lwowie na każdym rogu ulicy stali młodzi ludzie ubrani jak warszawscy dresiarze. Skórzane kurtki, luźne spodnie, cyklistówki na podgolonych głowach. Palili papierosy i zagryzali pestkami słonecznika, regularnie spluwając przez zęby. Spod krótkich daszków przyglądali się bacznie każdemu przechodniowi. Słowem ? klimat jak z warszawskiej Pragi. Widomy znak, że na Ukrainie rzeczywiście trzeba się wystrzegać młodych ludzi. Dopiero kilka tygodni później wyjaśniono nam, że tak właśnie wygląda rasowy ukraiński student. Plucie na ulicę jest tam społecznie akceptowane, czarne skórzane kurtki są w modzie, a palenie w marszu jest niepopularne. ?Hic sunt leones? zamieniło się dla nas w ?hic sunt iuvenes?.
Podróże kształcą, ten frazes powtarza się dość często. Czemu jednak nikt nie zmusza dzieci z polskich podstawówek do podróżowania? Nauczycielom nikt za to nie płaci, a powinien. Nie bez przyczyny uważa się, że jednym z powodów upadku Rzeczypospolitej były rzadsze podróże szlacheckiej młodzieży. Potop szwedzki, wojny z Moskwą (moralne zwycięstwa, a jakże) i kozackie powstania były dla Polski i Litwy kataklizmem porównywalnym z drugą wojną światową. Szlachta zbiedniała do tego stopnia, że nie stać jej było na wysyłanie synów do Padwy, Paryża czy Pragi na studia. Nie chodzi nawet o same nauki, których nie pobrali w zagranicznych uczelniach, a o sam fakt konfrontacji własnych wyobrażeń o zagranicy z rzeczywistością. Na encyklopedii staropolskiej i dziełach księdza Baki można wychować co najwyżej ksenofoba.
Esej został oddany w 2007 roku jako praca domowa na zajęcia z prof. Michałem Komarem. Nie radzę kopiować, już od dawna jest w antyplagiacie.
Nawiasem mówiąc stereotypów o antypolskości Ukraińców też pozbyłem się dość szybko gdy w Odessie trafiłem na demonstrację zwolenników ?ultra nacjonalistycznej? UNA-UNSO. Trzydziestu emerytów postało przez chwilę pod pomnikiem księcia de Richelieu (założyciela miasta), jeden wzniósł groźny okrzyk, reszta obecnych przyklasnęła ? i rozeszli się do domów. Bez seansów nienawiści, bez ganiania obcych po ciemnych zaułkach.
Mój własny Kurtz
Podróże, czy raczej sam fakt opuszczania znanych sobie obszarów na mapie, uczą. Nie tylko pozwalają wyzbyć się stereotypów, ale też ? a może przede wszystkim ? dostrzec, że się im ulegało. Jeśli wierzyć Umberto Eco, podróżuje się zawsze podwójnie: z miejsca na miejsce, ale też do głębi samego siebie. Poznawanie własnych słabości, możliwości swojego organizmu, ograniczeń własnej kultury ? to wszystko może być nawet cenniejsze, niż sam fakt dotarcia do celu.
W ?Aguirre, gniewie bożym? wizja odkrycia złotych miast z czasem blednie, a wszyscy uczestnicy wyprawy w głąb nieznanych lądów przechodzą przyspieszony kurs dojrzewania. To samo w ?Czasie apokalipsy?: im głębiej w las podzwrotnikowy, tym misja powierzona zgorzkniałemu oficerowi staje się mniej ważna. Gdy dobiega końca, okazuje się że płk. Walter E. Kurtz nie był jej celem, a jedynie środkiem do jego osiągnięcia.
Tę prawdę zna każdy, kto kiedykolwiek podróżował naprawdę (nie chodzi o podróż samolotem, która pod wieloma względami przypomina teleportację: z jednego lotniska w kilka godzin docieramy na takie samo lotnisko ? tyle że w drugim końcu świata). Gdy dociera się do celu, zawsze pozostaje pytanie ?co dalej?. Ci, którzy choć raz postawili sobie takie pytanie u końca wędrówki, nigdy już nie będą tacy sami. Na Ukrainę pierwszy raz jechałem by spotkać się z dawną znajomą. Dziś nawet nie pamiętam jej imienia, za to samą podróż i ludzi spotkanych po drodze ? doskonale. Cóż, każdy ma takiego Kurtza, jakiego los mu ześle.


bardzo ciekawy tekst i ciekawa strona. Czytam i przeglądam z dużym zainteresowaniem.
Pozdrawiam!
Cieszę się, Julio, że Ci się podoba. Prof. Komar nie był aż tak entuzjastyczny
Powiązane notki
Recent Comments
Blogroll
Cumulus