„Lód” Dukaja; rzecz o powieści totalnej
Polski krajobraz czytelniczy dzieli się na dwa światy, zazwyczaj zupełnie odrębne. Jednym z nich jest tzw. fandom, czyli środowisko miłośników literatury fantastycznonaukowej. Podróże kosmiczne, smoki, potwory, walka z duchami, wizje alternatywnych rzeczywistości ? to wszystko mieści się w kręgu zainteresowań fandomu. Drugim ze światów jest tak zwany mainstream – czyli, oględnie mówiąc, cała reszta literatury.Oba światy zazwyczaj się nie znoszą. Dla większości krytyków fantastyka to co najwyżej literatura użytkowa, czytadła i popłuczyny po Lemie i Tolkienie (których też się nie lubi, ale nie zauważać nie wypada). Z kolei dla pisarza SF napisanie niefantastycznej książki oznaczać może śmierć towarzyską, bowiem jest to przez środowisko traktowane niemal jak zdrada ideałów. Jacek Dukaj jest pierwszym polskim pisarzem bodaj od czasów Stanisława Lema, któremu udało się zburzyć ten, sztuczny przecież, podział – i skonfundować krytyków z obu stron barykady.
Praca złożona na zaliczenie zajęć z prof. Komarem. Nie kopiuj, antyplagiat ją wyłapuje.
Zamarznięta historia
Polacy lubują się w historii. Nic dziwnego, żyjemy na cmentarzu, gdzie zza każdego węgła w każdej chwili wychynąć może duch dawnych bohaterów lub zdrajców. Rozpamiętujemy wydarzenia dawno minione, kochamy się w upamiętnianiu kolejnych rocznic, najchętniej chwalebnych klęsk (ergo ?moralnych zwycięstw?). Jednocześnie nasza historia (co oczywiste) jest dla nas tworem naturalnym, zastanym. Jest oczywistym elementem naszego krajobrazu w takim samym stopniu, co kamienie wokół rodzinnego domu. Mogła jednak przecież ułożyć się zupełnie inaczej.
W swojej najnowszej powieści ?Lód? Jacek Dukaj wywrócił ideę literatury science-fiction do góry nogami podążając drogą, którą nie szedł przed nim żaden z pisarzy. Zazwyczaj naukowy człon literatury fantastycznonaukowej oznacza którąś z nauk przyrodniczych. Księgarskie półki uginają się od powieści, gdzie przez owo ?science? rozumie się fizykę (na przykład napęd nadświetlny), biologię (pozaziemskie formy życia) czy astronomię. Dukaj w to miejsce podstawił historię i historiozofię. Dzieje naszego kontynentu układa na nowo ? i czyni z nich głównego bohatera i podstawową materię swojej powieści.
Wszystko zaczyna się wraz z uderzeniem w Ziemię meteorytu tunguskiego w 1908 roku. Wkrótce po całej Syberii zaczyna rozprzestrzeniać się nienaturalny mróz. Podziemnymi drogami mamutów zaczynają wędrować glacjusze, dziwne i niezbadane ośrodki mrozu o temperaturze zbliżonej do zera absolutnego. Gdziekolwiek wychyną na powierzchnię, fizyka ulega odwróceniu. Metale nabierają dziwnych właściwości, stają się wytrzymalsze, a pocierane chłodzą się miast ocieplać. Na Syberii powstaje cała gałąź nowego ?czarnego przemysłu?, opartego na wymrażaniu rozmaitych rud metali (?tungetyt?) i wytapianiu z nich metali o niezwykłych właściwościach (?zimnazo?). Staje się on nie tylko podstawą potęgi gospodarczej Rosji, ale i źródłem niewyobrażalnych fortun lokalnych przemysłowców, którzy zjeżdżają tam z całego świata.
Tytułowy lód pochłania coraz większe połacie globu, bierze w swe posiadanie niemal całą Rosję, dociera też do ziem polskich. Wkrótce okazuje się, że nie tylko fizyka w krajach ?pod lodem? się zmieniła. W lodowych krainach zamarzają też ludzkie charaktery i historia. Nowa gospodarka przywraca równowagę chwiejącemu się imperium Romanowów. Pierwsza wojna światowa nie wybucha, nie ma miejsca na rewolucje w Rosji czy jakiekolwiek inne poważne zmiany jak choćby odrodzenie Polski. Świat staje w miejscu, a historia staje się nieomal wartością fizyczną.
Bohaterowie Dukaja nie doświadczają jej zmysłami, choć przecież czują, że zamarzła, że nic się nie zmienia. Od ich stosunku do nowej rzeczywistości zależą ich postawy. Z jednej strony mamy więc ottiepielników. Wierzą oni, że jedynie odwilż i pokonanie lodu jest w stanie ru-szyć świat z miejsca. Przeciwko nim stają liedniacy. Dla nich zatrzymanie historii w miejscu przez lód jest gwarancją pomyślności świata. I jedni, i drudzy mają swoje racje. Pomiędzy nimi staje Benedykt Gierosławski. Syn politycznego zesłańca, student matematyki i utracjusz uzależniony od hazardu. Gdy popada w długi, zostaje wynajęty przez carską ochranę do od-szukania na Syberii swojego ojca, który wedle legendy potrafi rozmawiać z lodem i rozkazy-wać mu. W 1924 roku wyrusza więc w podróż życia koleją transsyberyjską, do Irkucka i dalej.
Na co komu Polska?
Dukaj nie oszczędza czytelnika, niewiele zostawia jego doświadczeniu. Inaczej niż we współczesnej prozie postaci nie są niedookreślone. Co więcej, w krajach pod lodem cechy ich charakteru ulegają jeszcze wyolbrzymieniu. Do tego stopnia, że stają się prawdą obiektywną, a nie cechą postrzeganą przez innych. Ktoś żyjący na Syberii nie jest zły w oczach obserwatora: staje się zły po prostu. Dla postronnych ta prawda staje się równie oczywista, co kolor jego włosów czy kształt nosa.
Charakter uniezależnia się więc od postaci. Choć nadal mają wolną wolę, nie zależy od ich czynów czy przekonań. Po prostu istnieje, niemal jak fizyczna wartość. W ?Lodzie? historia w wielkim planie nie ma wiele wspólnego z głównymi aktorami dramatu. Próbują się oni domyśleć jej prawideł, znaczenia sygnałów, jakie im wysyła, jednak w ostatecznym rozrachunku nie mają na nią wpływu. Dukajowi udało się uciec od schematu self-made mana, człowieka, który sam tworzy własny los. Świat Dukaja pozostawia mu wolną wolę, jednak historia znajduje się ponad nim.
Ten świat rządzi się dwuwartościową logiką Kotarbińskiego, wszystko w nim zamyka się w chrystusowym ?tak-tak, nie-nie?. Wątpliwości, wahania, wielowartościowe logiki Tarskiego czy Łukaszewicza ? to wszystko nie ma wstępu w krainy, w których pojawia się lód. Jednocześnie jednak Gierosławski ma problem z samym sobą. Nie wierzy kartezjuszowskiemu ?myślę więc jestem? ? więc wątpi we wszystko, nawet we własne istnienie. Stąd wszystkie sądy i stwierdzenia odnoszące się do niego samego wypowiada zwrotnie. ?Się wyszło się? zamiast ?wyszedłem?, ?się pokochało? zamiast ?pokochałem?. Usiłuje znaleźć ojca, znaleźć siebie ? i na swój sposób udaje mu się to. Z czasem jego ?ja? wraca do niego, także językowo.
Na Syberii Gierosławski stara się odszukać ojca, ale też prawdziwy, głębszy cel swych poszukiwań. Jeśli jego ojciec rzeczywiście potrafi rozmawiać z lodem, to czy skłonić go do uruchomienia odwilży, czy też wręcz przeciwnie, zamrozić historię na całym świecie? Jak poradzić sobie z możliwością zmiany historii? Ottiepielnicy i liedniacy walczą o jego duszę w zamarzniętych krainach niemal tak, jak Naphta z Settembrinim walczyli o duszę Hansa Castorpa w ?Czarodziejskiej górze? Tomasza Manna.
Z jednej strony bojowcy Piłsudskiego (rozmrozić, by powstała Polska), z drugiej rosyjscy mistycy Rasputina (nie rozmrażać). Z jednej rosyjski rząd (nie rozmrażać, ze względu na ?czarny przemysł?), z drugiej polscy fabrykanci z Irkucka, którzy w głębi duszy liczą na odwilż jako jedyną siłę zdolną odrodzić Polskę ? lub jej ersatz w postaci Zjednoczonych Stanów Syberii. Ale też ich potęga gospodarcza zasadza się na lodzie i nowym przemyśle, który dzięki niemu powstał. Miła odmiana dla syberyjskich Polaków, którzy po raz pierwszy stanowią tam grupę o wielkim znaczeniu, a nie gromadę zesłańców.
Powtórka z XIX wieku
Jacek Dukaj napisał powieść totalną. Krytyka z obu stron od kilku miesięcy nie może się zdecydować, czy ?Lód? jest powieścią z gatunku science-fiction, postmodernistyczną (czymkolwiek by postmodernizm nie był), teologiczną czy filozoficzną. A może powieścią drogi lub zwykłym romansem przygodowym? Jest pewnie wszystkim po trochu, ale też jest książką na miarę największych dzieł schyłku XIX i początku XX wieku. Dziś już nie pisze się książek z ta-kim rozmachem, zarówno objętościowo jak i treściowo. Dawno też nie zdarzyło się, by cały nakład ponadtysiącstronnicowej książki rozszedł się w Polsce w ciągu miesiąca.
Mimo tego rozmachu, powieść Dukaja czyta się z zapartym tchem. Jest w niej coś XIX-wiecznego, coś, co każe czytelnikowi wozić ze sobą opasłe tomiszcze w nadziei, że uda się przeczytać choć kilka kolejnych zdań w tramwaju czy ogonku na poczcie. Są w niej echa prozy Manna, ale i romansów Turgieniewa (?Miesiąc na wsi?!), trochę też Dostojewskiego (outsider Gierosławski, wykolejony i zadłużony po uszy u wszystkich warszawskich lichwiarzy, a jednocześnie stawiający przed sobą ważne pytania egzystencjalne). Niektóre z intertekstualnych śladów aż kłują w oczy, jak choćby dosłowne zapożyczenie z ?Szewców? Witkacego czy kariera książkowego Żeromskiego, który przecież nie mógł w tym świecie napisać ?Przedwiośnia?.
Słowotwórstwo (chciałoby się powiedzieć słowotwórczość) Dukaja jest najwyższej próby. Inwersje, futuryzacje, archaizacje ? pisarz stworzył język, jakim stałaby się XIX-wieczna polszczyzna, gdyby wystawić ją na działanie rusyfikacji przez dodatkowe dwie dekady. Do tego każda z postaci mówi nieco inaczej. Gierosławski, Polak z Kongresówki, mówi inaczej niż spotkani przez niego syberyjscy przemysłowcy.
Dialogi miejscami trącą sztucznością, bo też są totalne: długie, monologiczne, przemyślane. Nie sposób oprzeć się wrażeniu, że nad każdą rozmową w ?Lodzie? unosi się duch Prousta: postaci rozmawiają ze sobą tak, jakby nad wy-powiadanymi przez siebie kwestiami myślały od wielu miesięcy. Gdy w końcu się spotykają, ich rozmowa brzmi niemal teatralnie, choć przecież prawdopodobnie (a pod władzą lodu, gdzie niemożliwe są inne wyjścia, jedynie słusznie).
Dukaj stawia też ważne pytanie o konieczność historii. Czy nasz 1918 rok był tylko wybrykiem natury, czy też nieuniknioną konsekwencją dziejów całych stuleci? Czy odzyskanie przez Polskę niepodległości mogłoby przydarzyć się także w innych warunkach? Czy wolna wola jest możliwa w świecie, w którym nie ma miejsca na wątpliwości, a wszystkie dylematy zawierają się w dwóch stanach: tak i nie?
Taka powieść mogła powstać tylko w Polsce ? i dobrze, że tak się stało. Jeśli ktokolwiek w drodze na bezludną wyspę miałby zabrać tylko jedną książkę ? niech będzie to właśnie ta. Wydaje się, że jeśli jakakolwiek powieść napisana w początkach XXI wieku znajdzie się kiedyś w kanonie szkolnych lektur, będzie to zapewne właśnie ta. Wypada współczuć polonistom.

polski




Kolorowe (nie kolorowane) fotografie z początków XX wieku autorstwa Sergiusza Prokudina-Gorskiego.
@Hal
Z kolei dla pisarza SF napisanie niefantastycznej książki oznaczać może śmierć towarzyską, bowiem jest to przez środowisko traktowane niemal jak zdrada ideałów. Jacek Dukaj jest pierwszym polskim pisarzem bodaj od czasów Stanisława Lema, któremu udało się zburzyć ten, sztuczny przecież, podział
Po pierwsze primo, Lem nigdy nie napisał powieści głównonurtowej – to główny nurt zaczął się do niego przyznawać, nazywając jego książki, zamiast fantastyką naukową, futurologią. I bredzić o „sztafażu fantastycznym”. Żeby broń Boże nie przyznać, że książka fantastyczna może być książką wartościową (cokolwiek by to nie znaczyło; stwierdzenie, że fantastyka nie ma „wartości literackich” w tekstach głównonurtowych krytyków powraca jak refren). Po drugie primo, z tą zdrada tez cokolwiek dałeś ciała. RAZ (sorry, że znowu o nim, ale akurat przypadkiem pasuje), ma na koncie dwie książki niefantastyczne („Ciało obce” i zupełnie świeżą „Żywinę”), a Konrad Lewandowski vel Przewodas produkuje ostatnio breslauopodobne kryminały. I nikt ich jakoś od zdrajców nie wyzywa.
Co oczywiście nie zmienia faktu, że Jacek napisał świetną książkę fantastyczną, wydał ją we właściwym wydawnictwie (dolary przeciwko orzechom, że gdyby ukazała się dajmy na to w SuperNOWEJ albo, ja wiem, Runie, główny nurt nawet by się o niej nie dowiedział), i krytycy nie mieli innego wyjścia, jak ją „uznać”.
Co do Lema – mylisz się. Polecam na przykład „Śledztwo”.
Co do Przewodasa – a nie słyszałeś o tym, że te jego breslauopodobne książki to „szmatławce”? Bo ja owszem. Mejnstrim ich nie dostrzega, fandom nie docenia.
Co do wydawnictwa – masz 100 proc. racji
Co do Lema – ok, mój błąd. Co nie zmienia faktu, że całą jego twórczość fantastyczną mainstream „przyjął”, nazywając ją futurologią.
Co do twórczości Przewodasa – nie słyszałem, ale też się specjalnie nie interesowałem. Ale słyszałem za to, że sprzedają się całkiem nieźle. Co oczywiście niczego nie dowodzi =).
Co do wydawnictwa – wiem =).
Wiem, że ocieram się o niebezpieczeństwo przynudzania, ale to moja strona, więc mi chyba wolno, nie?
A więc do ad remu: za wiązanie go z fantastyką Lem się obrażał śmiertelnie, ale mniejsza z Lemem gdy chodzi o jego dzieła.
Warto jednak zwrócić uwagę, że opublikował większość z nich w czasach, gdy nie było jeszcze mejnstrimu, bo nie było fandomu, a jedno bez drugiego istnieć nie może. (Drogie dzieci przypatrujące się tej dyskusji: tak, Lem pisał jeszcze przed nakręceniem Gwiezdnych Wojen!).
Poza tym jest spora różnica między futurologią u Lema („Summa technologiae”) a SF (choćby mój ulubiony „Solaris” czy „Powrót z gwiazd”). To nie tak, że dla krytyki mejnstrimowej cały Lem to futurologia, a dla fandomowej – SF.
Ale wróćmy do głównego wątku. Lem napisał taką masę dzieł, których przeciętny fantasta (z braku lepszego słowa) nie przełknie, że trudno go jednoznacznie sklasyfikować wedle zasady Artura C. Clarke’a, zgodnie z którą „fantastyka to to, na co wskazuję mówiąc, że to właśnie fantastyka”. Bo zwyczajnie nie da się jego wszystkich książek wrzucić do jednego wora. Jest tam i filozofia, i historiozofia, futurologia, SF, kryminał, romans, publicystyka… Co innego większość dzisiejszych polskich pisarzy SF (najszerzej rozumianej).
Wiem, że ocieram się o niebezpieczeństwo przynudzania, ale to moja strona, więc mi chyba wolno, nie?
Nie. =)
Warto jednak zwrócić uwagę, że opublikował większość z nich w czasach, gdy nie było jeszcze mejnstrimu, bo nie było fandomu, a jedno bez drugiego istnieć nie może. (Drogie dzieci przypatrujące się tej dyskusji: tak, Lem pisał jeszcze przed nakręceniem Gwiezdnych Wojen!).
Z tego stwierdzenia wynika, że J.R.R. Tolkien nie pisał fantasy, bo kiedy opublikował trylogię, nie było jeszcze fantasy. Chyba sam zauważasz absurd tego stwierdzenia.
A druga rzecz – nie chodzi o podział mainstream/fandom, tylko o podział mainstream/fantastyka. A kiedy Lem zaczynał pisać, fantastyka dawno już istniała.
No właśnie nie ma w tym absurdu, bo mnie chodzi właśnie o podział mainstream – fandom. Ten kretyński podział my-oni, ze wszystkimi przymiotami. Z tą chorobliwą chęcią, by „mainstreamowa krytyka doceniła”, z nieuzasadnionym poczuciem wyższości, z pogardą dla tych, którzy przekroczyli granice zaścianka.
Tolkien czy Lem pisali na długo zanim powstał polski zaściankowy fandom, w którym występują zjawiska, o których pisałem. A fandom, mimo całej mojej miłości dla wszystkich udzielających się w światku, wędrujących na konwenty i pasjonujących się w swoim czasie Valkirią i innymi tp projektami, to nie jest twórczość fantastyczno naukowa. To piana okołoliteracka. Tolkien pisał coś, co później sklasyfikowano jako fantasy niezależnie od tego, czy potomni uznawali go za pisarza z branży SF, czy nie.
NB w czasach publikacji Hobbita książkę zaliczano do gatunku fairy tales, termin fantasy powstał później.
Chodzi mi głównie o warstwę słowną: zanim fandom nie zaczął określać „wszystkiego co nie jest fantastyką” mianem mejnstrimu, nie było mejnstrimu, tylko po prostu literatura. Zauważ, że mainstream to nie jest gatunek literacki, tylko określenie zbiorcze, istniejące jedynie w odniesieniu do fandomu i fantastyki. QED.
Oto odpowiedź dzieci, monsieur
Mam dwa zastrzeżenia:
1. Mam zapewne połowę tych lat, co pan, a wiem, że zwrot „Wracając do ad rem” to masło maślane, mówiąc przyziemnym językiem. Ad rem znaczy ‘do rzeczy’. Czyli mamy „Wracając do do rzeczy”. Chęć zabłyśnięcia znajomością prostego makaronizmu wymaga jednak znajomości jego znaczenia.
2. Czytałem „Lód” i muszę przyznać, że mówienie tam o jakimś systemie filozoficznym jest dość ryzykowne. Kant i Hegel z pewnością przewracają się w grobie. Poza tym nie wydaje mi się nawet spójny. Ot, choćby stwierdzenie „wszystkim rządzi zasada wstydu” jest obraźliwym uogólnieniem i nawet przedszkolak, myślę, znalazłby kontrargument, przez który ta teza by się posypała. Podkreślam, że większość zawartych w książce rozmyślań ma naturę pseudofilozoficzną. Mnogość przyszłości, jak i przeszłości przy jednocześnie jednej teraźniejszości jest również do obalenia, choćby przez to, że przeczy to jakiejkolwiek koherencji, no bo jakżeż z wielu przeszłości może istnieć jeden człowiek o określonych cechach i właściwościach, albo co z wiedzą którą nabywa się czasami w procesie ciągłym?
Pozdrawiam
PS. No offence, ale tak wyszło :\ Nie mam nic przeciwko panu, tylko trochę ta pewność siebie pana była dla mnie nie do przyjęcia i te zwroty typu „Drogie dzieci” zadziałały niestety tak, że no cóż… Jeśli pana obraziłem to przepraszam, naprawdę.
1. Dlatego używamy go tym chętniej, za każdym razem z wielką radością. Podobnie jak innych błędów językowych, logicznych, gramatycznych i co tam jeszcze Bozia ma na składzie. Bo jako ludzie, którzy uczyli się łaciny i radzą sobie z nią całkiem nieźle możemy sobie dworować także i z tego języka – dopóki robimy to świadomie. Ale wróćmy do ab ovo
2. Filozofia u Dukaja to już poważniejszy temat. Do mnie jak najbardziej przemawia teza dr. Bardela (którą sam Dukaj w jednym z wywiadów pośrednio potwierdził; przywołuję z pamięci więc być może niezbyt dokładnie), że Lód jest próbą wyobrażenia sobie świata takim, jaki byłby, gdyby Kant z Heglem mogli zostać bogami. Tak samo jak Inne pieśni pokazują świat, który mógłby stworzyć Arystoteles (forma, materia). W tym sensie nie jest to „powieść filozoficzna”, a jedynie inspirowana filozofią. Ale to przecież jest literatura, nie podręcznik. Jak tylko wróci do mnie mój egzemplarz Lodu, przeczytam go kolejny raz, tym razem z Tatarkiewiczem w garści, zobaczymy dokąd mnie to zaprowadzi.
Pozdrawiam i ja
P.S. None taken. A poza tym w internecie wszyscy jesteśmy sobie równi i nie trzeba do nikogo zwracać się per pan. Nawet jeśli ów rzuca sarkastyczne uwagi o dzieciach.
Powiązane notki
Recent Comments
Blogroll
Cumulus
Ratings
Most Commented
Most Viewed