Telewizor, cycki, zen
This post is also available in: angielski
Zamarzyło mi się oglądanie na nowym telewizorze filmów, prezentacji i zdjęć z komputera. Serio, fotografia w takim rozmiarze (40 cali) wygląda zupełnie inaczej, określenie „ostrość” nabiera zupełnie nowych znaczeń. Walka z telewizorem, choć bezskuteczna*, przybliża na swój sposób do oświecenia.
Połączenie nowego telewizora (Samsung LE40A656) z komputerem (składak z kartą Nvidia 9600 GT) wydawało się banalnie proste. Wydawało się. Aha, wpis jest dość długi, ale obiecuję, o cyckach też będzie.
Zgodnie z instrukcją (na oko coś ponad 1000 stron) kartę graficzną (w moim przypadku z wyjściem typu DVI) należało podłączyć do portu HDMI w telewizorze za pomocą specjalnego kabla DVI-HDMI. Pełen dobrych przeczuć złaziłem pięty po stolycy w poszukiwaniu kabla o odpowiedniej długości. W końcu za ciężkie pieniądze kupiłem taki kabel, całość podłączyłem i… efekt okazał się być połowiczny. Obraz jak brzytew, natomiast dźwięku za grosz. Z komputerowych głośników i owszem, słychać było wszystko, ale w drugim pokoju telewizor co najwyżej cichutko posapywał.
Spacery z kablem
Zacząłem więc nękać znajomych informatyków, którzy złożyli mój sprzęt. Wtedy nie wiedziałem jeszcze, że kabel HDMI może przenosić dźwięk, a DVI nie (to znaczy może, ale to długa historia). Tak czy owak najprostszym rozwiązaniem problemu po licznych konsultacjach wydawało się kupno kolejnego kabla, tym razem dla dźwięku. Z instrukcji telewizora wynikało, że dobrym rozwiązaniem będzie kabel jack-2xcinch. Niby proste, bo oba formaty są starodawne i znane od „przynajmniej 100 lat” – w tym wypadku na serio. Wtyczka jack 3,5 mm to kolejna odsłona wtyczki zaprojektowanej w XIX wieku do central telefonicznych, z kolei cinch, czyli wtyczka RCA, została opatentowana w latach 40. do użycia przy patefonach i fonografach wszelkiej maści.
Problem jednak w tym, że oba te rodzaje kabli wychodzą już powoli z użycia, a sklepów elektrycznych już w moim pięknym mieście niemal nie ma. Zostają supermarkety, gdzie 10 metrów zwykłego kabla z dwiema końcówkami kosztuje krocie. No ale trudno, jak kogo stać na krowę, to i na sznurek dla niej. Kupiłem. I nic.
Za entym telefonem do infolinii Samsunga któryś z kolejnych panów o przemiłym głosie z rozbrajającą szczerością oznajmił „a wiem, przecież w instrukcji jest błąd, potrzebny jest zwykły kabel jackowy”. Zasyczałem. Ale zmilczałem. I kupiłem kabel z dwiema takimi samymi końcówkami jackowymi.I nie dało to kompletnie niczego, jak dźwięku nie było, tak nie było.
New hope
Szlag mnie trafił. Zadzwoniłem do serwisu i powiedziałem, by sobie telewizor zabrali i go naprawili, albo oddali pieniądze. Następnego dnia u mych drzwi zjawiło się dwóch smutnych panów. Z twarzy podobni zupełnie do nikogo, ale źle im z oczu patrzyło i wyglądali wypisz-wymaluj jak tanie dranie z piosenki. Ci od obrzydzania cynaderką itd, klasyczne typy spod ciemnej gwiazdy, jednemu nawet dziary spod kołnierzyka koszulki wystawały. Ale papiery mieli w porządku i telewizor zabrali do serwisu.
Przy okazji nieomieszkali mnie nastraszyć, że potrzebuję nie tylko faktury za telewizor, ale i karty gwarancyjnej, i kartonu po telewizorze, i całej masy papierów. Na szczęście później okazało się, że serwisowi wystarczy skan faktury, nawet nie oryginał. Zadzwoniłem, by upewnić się, że telewizor dotarł. Dotarł, a przemiła pani wyjaśniła, że już pierwszego dnia został zdiagnozowany i serwis czekał na części. Kilka dni później inna pani wyjaśniła, że ta naprawa to doprawdy drobnostka. Gdy spytałem na jaką część czekają cały tydzień przyznała, że ta drobnostka to wymiana… płyty głównej. No faktycznie, mogliby wymienić matrycę, byłoby nieco drożej.
Ale co mi tam, gwarancja działa, nie moja sprawa. Po dwóch tygodniach ci sami smutni panowie przywieźli telewizor. Wyraźnie źli, wyjaśnili mi, że wymiana płyty głównej była tylko „tak na wszelki wypadek, bo wszystko w porządku”. Dodali, że telewizor podłączyli u siebie do komputera i wszystko grało. Więc uśmiechnąłem się jakoś tak smutno (słowiański fatalizm wyssałem z krwią matki), wskazałem im stos kabli i powiedziałem, by pokazali co potrafią. Po godzinie walki dali za wygraną.
Biała flaga
Zostałem sam na sam z telewizorem. Po trzech miesiącach walki znów byłem w punkcie wyjścia. Początkowo, przyznaję, poddałem się. Do telewizora podłączyłem stareńkiego laptopa obsługującego jedynie wyjście Video, bez własnej karty graficznej i z ledwie działającym wiatrakiem. Filmy nawet dawało się oglądać, ale framerate raczej nie wskakiwał powyżej 30, a co pół godziny należało robić przerwę na chłodzenie komputera.
Ale wkurzyłem się. Jak to jest, nie po to mam dobry sprzęt, by nie móc z niego skorzystać. Wróciłem więc do poszukiwania możliwych rozwiązań problemu w Internecie. I oto po trzech miesiącach poszukiwań znalazłem rozwiązanie. Jak się okazało, wina leży po stronie zarówno telewizora, jak i karty graficznej. Obie supernowoczesne maszyny porozumiewają się za pomocą durnego protokołu EDID. Dzięki niemu informują się wzajemnie co która może, a czego nie. W moim przypadku rozmowa wygląda tak:
- Cześć, jestem Samsung, jestem super-hiper i full HD.
- Cześć, jestem Nvidia. Skoro jesteś taki fajny, to pewnie obsługujesz standard HDMI
- No jasne, właśnie po takim kablu rozmawiamy
- Skoro rozmawiamy przez HDMI, to oczekujesz w nim też dźwięku. Ja wprawdzie nie mam dźwięku, ale wyślę ci po moim DVI biały szum, zawsze coś.
- O, wysyłasz mi dźwięk, czyli spokojnie mogę wyłączyć wszystkie inne gniazda dźwiękowe.
Minęło sporo czasu, drogi czytelniku, nim i ja zrozumiałem tę rozmowę. Ale zrozumiałem. A dzięki dobrym ludziom z Australii poleconym mi przez ciocię Google dziś telewizor i komputer współpracują, choć wymagało to ode mnie włamania się do własnej karty graficznej i mieszania w jej sterownikach.No ale miało być o cyckach, więc będzie. Bo cała sytuacja przypomina mi nieco przydługi dowcip, który jednak ma w sobie mnóstwo mądrości zen.
Kiedy miałem 14 lat miałem nadzieje, że kiedyś będę miał dziewczynę.
Kiedy miałem 16, miałem dziewczynę, ale była beznamiętna. Więc zdecydowałem, że potrzebuję dziewczyny z uczuciami.
Gdy miałem 18 lat spotykałem się z dziewczyną, którą była bardzo namiętna. Jednak była zbyt uczuciowa, o wszystko płakała, łatwo się denerwowała. Ciągle groziła samobójstwem. Postanowiłem, że muszę znaleźć jakąś „stabilną” dziewczynę.
Jak doszło do 25 znalazłem dziewczynę stateczną, ale było to strasznie nudne, wszystko można było przewidzieć, nie cieszyła się z życia. Życie stało się przygnębiające. Trzeba było znaleźć dziewczynę z którą można byłoby przeżyć coś podniecającego.
W wieku 28 lat znalazłem ekscytującą dziewczynę, ale nie mogłem za nią nadążyć. Wciąż się spieszyła, nigdzie nie zagrzała miejsca. Ciągle z kimś flirtowała. Z początku było zabawnie i ciekawie. Ale był to związek bez przyszłości. Więc postanowiłem znaleźć dziewczynę z ambicjami.
Kiedy juz miałem 31 lat spotkałem mądrą, ambitną dziewczynę stojącą twardo na ziemi. Ożeniłem się z nią. Ale niestety była tak ambitna, że się ze mną rozwiodła i zabrała wszystko co miałem.
Teraz mam 40 lat i szukam dziewczyny z dużymi cyckami.

polski
English 

GRATULACJE!!!
niezłe. przypomina mi kabel crossowy, drukarkę i czarne CD
Thanks for a wonderful post, l ve been looking for such information, I will join jour rss feed now.
Powiązane notki
Recent Comments
Blogroll
Cumulus
Ratings
Most Commented
Most Viewed