Ten inny patriotyzm
Co roku w okolicach 11 listopada media i politycy zastanawiają się dlaczego młodym Polakom brakuje patriotyzmu. Każdy ma swoje odpowiedzi i recepty: jedni domagają się więcej lekcji historii, inni wychowania patriotycznego w szkołach podstawowych. Tymczasem patriotyzm wśród mojego pokolenia ma się świetnie – tylko nie ten.
Konflikt między pozytywistami a romantykami wreszcie się w Polsce wypala. Po dwustu niemal latach dotarliśmy do etapu, w którym pozytywiści robią swoje, a romantycy nawet ich nie zauważają. Toczą swoje śmieszne spory o obchody, medale, krwawą historię i barykady – i z uporem godnym lepszej sprawy ignorują milionowe rzesze tych, którzy faktycznie dziś Polskę budują, a nie tylko rozmawiają o przeszłości i upamiętnianiu jej w szkołach i na pomnikach.
Tak się już dziwnie polskie losy potoczyły, że o pozytywistach zapomniano. Gdzieś zagubił się etos tych, którzy o niepodległość walczyli w granicach prawa, bezkrwawo. – Jesteś szewcem – rób lepszy but – nawoływali pozytywiści, wzywając do organicznej pracy na rzecz społeczeństwa. – Prawdziwy patriotyzm nie tylko polega na tym, ażeby kochać jakąś idealną ojczyznę, ale – ażeby kochać, badać i pracować dla realnych składników tej ojczyzny, którymi są ziemia, społeczeństwo, ludzie i wszelkie ich bogactwa – pisał Bolesław Prus.
Tyle że po 1918 władzę zdobywali niemal zawsze romantycy, wielbiciele stosów ofiarnych, chwalebnej przeszłości i barykad. Dziś samo słowo patriotyzm kojarzy się przede wszystkim ze zbrojną walką, a nie budowaniem. W powszechnej świadomości patriotą może być powstaniec na barykadzie lub robotnik z cegłówką naprzeciw szpaleru ZOMO. Tymczasem prawdziwych budowniczych Polska ma dziś miliony, i w niczym nie przypominają tych bohaterów, o których prawica chciałaby uczyć w szkołach.
Żyjemy w świecie, w którym ziścił się sen Lechonia: większość młodych wiosną – wiosnę, nie Polskę widzi. Dnie spędzamy częściej przed własnym komputerem niż w korporacyjnych ołpenspejsach czy komonrumach. Cierpliwie płacimy najwyższe bodaj w Europie podatki, choć emigracja nigdy jeszcze nie była tak prosta. Co miesiąc wpłacamy setki złotych na ZUS, mimo że ubezpieczenie nie daje nam wstępu do lekarza, za którego musimy płacić w prywatnych gabinetach.
Nie widać nas, bo nie procesujemy się o byle co, nie mamy czasu demonstrować, brzydzi nas palenie opon i nie uważamy, by coś miało nam się „należeć”. Nie przygotowujemy rewolucji, nie bawimy się w politykę. Nie jesteśmy wojownikami, nie musimy walczyć o zachowanie polskiej kultury czy języka. Ale gdy trzeba, stajemy przy urnach wyborczych. To my budujemy ten kraj, nie kombatanci. I uważajcie, kochani nasi politycy, bo kiedyś naprawdę się wkurzymy.

polski
