Cztery tygodnie, dwie historie
Wojna jest zjawiskiem zbyt złożonym, by pisać o nim wyłącznie w czerni lub bieli. Tymczasem Polacy zwykli o wojnie 1939 roku pisać albo w samych superlatywach, albo wyłącznie negatywnie. Wydaje się, że istnieją dwie historie kampanii wrześniowej.
Kilka miesięcy temu głośno było o scenariuszu powstającego filmu „Tajemnica Westerplatte”. Prasa donosiła, że ukazani tam polscy żołnierze mają m.in. pić alkohol i sikać na portret marszałka Rydza-Smigłego. Wokół filmu rozpętała się burza, szef gabinetu premiera Sławomir Nowak mówił nawet, że to „fikcja literacka”, i że „godzi ona w honor żołnierza polskiego”. Kłopot w tym, że dla wielu naszych rodaków polską historię zamieszkują jedynie rycerze bez skazy.
Skoro fakt wypicia w filmie bruderszaftu przez dowodzących bohaterską obroną półwyspu majorem Sucharskim i kapitanem Dąbrowskim ma godzić w ich cześć i honor, to co dopiero powiedzieliby zwolennicy takiego obrazu polskiej historii na prawdziwe wypadki, do jakich dochodziło we wrześniu 1939 roku?
Nie oddamy ani guzika
Na długo przed rozpoczęciem działań wojennych polskie dowództwo podjęło brzemienną w skutkach decyzję o rozmieszczeniu Wojska Polskiego wzdłuż całej granicy państwa i obronie wszystkich jego rejonów. Była to decyzja polityczna, a nie wojskowa, i wynikała z naszego układu sojuszniczego z Francją. Był on niemal kopią podobnego układu, jaki Paryż podpisał z Petersburgiem u progu I Wojny Światowej. Jego podstawowym założeniem było to, że wschodni partner miał dać czas zachodniemu na mobilizację i przygotowania do uderzenia na Niemcy z drugiej strony. Należało więc bić się jak najdłużej i od pierwszych dni wojny opóźniać marsz nieprzyjaciela gdzie tylko się dało.
Jednocześnie w Warszawie nie do końca ufano Francuzom. W wypadku obrony dogodniejszych pozycji w głębi kraju, na przykład na linii Wisły, dość realną wydawała się możliwość fatalnego dla Polski końca wojny nim jeszcze na dobre się zaczęła. Bano się, że Hitler bez walki zajmie Pomorze, Śląsk i Wielkopolskę, po czym dogada się z Zachodem tak, jak porozumiał się w sprawie rozbioru Czechosłowacji. Polacy walczyli więc już od wczesnych godzin porannych 1 września 1939. Przez pierwszych kilka dni trwała zacięta tzw. bitwa graniczna. Polskie wojsko, w sumie liczące grubo ponad milion żołnierzy, starało się zatrzymać niemiecki Wehrmacht, a jednocześnie pokazać światu, że Polacy nie oddają ziemi bez walki. Oficjalne hasło propagandowe brzmiało „bez walki nie oddamy ani guzika od munduru”.
Bohaterstwo i niekompetencja
Już wtedy zarysowały się wszystkie problemy, z jakimi przyszło walczyć polskim żołnierzom wszystkich narodowości. Największym oczywiście była przewaga militarna Niemiec niemal na każdym polu. Wehrmacht miał więcej ludzi, ciężkiego sprzętu, artylerii, nowoczesnych czołgów i samolotów. Do tego niemieckim jednostkom udawało się wyminąć polskie dywizje i odcinać je od sąsiadów. Pierwsze dni walk obfitowały w przykłady bezgranicznego bohaterstwa, jak walki Wołyńskiej Brygady Kawalerii przeciwko niemieckim czołgom pod wsią Mokra, szarża kawalerii pod Krojantami (przedstawiana później w propagandzie jako idiotyczna szarża z szablami na czołgi, w rzeczywistości całkiem udana) czy wreszcie obrona Wizny nad Biebrzą, gdzie 720 polskich żołnierzy przez trzy dni stawiało zaciekły opór niemieckiemu korpusowi pancernemu gen. Guderiana, liczącemu ponad 42 tysięcy żołnierzy. Na koniec bohaterski dowódca polskiej załogi kapitan Władysław Raginis wziął przykład z sienkiewiczowskiego pana Wołodyjowskiego i wysadził się w swym schronie w powietrze by uniknąć niemieckiej niewoli.
Nie brakło jednak po naszej stronie niekompetencji, zamieszania, defetyzmu czy zwykłej głupoty. Naprzeciw głównego natarcia Niemiec Polska wystawiła Armię Łódź dowodzoną przez gen. Juliusza Rómmla, weterana wojny 1920 roku. Jego skandaliczne dowodzenie spowodowało, że armia już od pierwszych dni niemal się rozsypała. 8 września generał… pozostawił ją swemu losowi i ewakuował się wraz ze sztabem do Warszawy. Podobne przypadki zdarzały się i na innych odcinkach frontu. Generał Mikołaj Bołtuć wyraził we wspomnieniach żal, że już w pierwszych dniach „nie dał kuli w łeb” generałowi Bortnowskiemu, dowódcy Armii Pomorze.
Trzeciego września Wielka Brytania i Francja wypowiedziały Niemcom wojnę i rozpoczął się mozolny odwrót polskich wojsk w kierunku Wisły. Dla wielu dywizji było już jednak za późno. Odwodowa Armia Prusy została rozbita przez nieprzyjaciela zanim jeszcze zdążyła się zmobilizować. To z kolei spowodowało, że broniąca Małopolski Armia Kraków generała Antoniego Szyllinga stale była zagrożona oskrzydleniem od północy i musiała porzucać nawet dobrze przygotowane do obrony pozycje.
Pomoc nie nadeszła
Także w postawach zwykłych cywilnych mieszkańców kraju między Zbruczem a Wilejką widać całe spektrum zachowań, od wiary, nadziei na przyszłość i ofiarności po przerażenie wojną, czarną rozpacz i przypadki zdrady. Trzeba też jednak pamiętać, że i cywile, i wojskowi przygotowywali się do innej wojny. W jednym z opublikowanych niedawno pamiętników z czasów obrony Lwowa w 1919 roku gosposia wspominała o „barbarzyńskich Rusinach”, których bestialstwo polegało na tym, że weszli do mieszkania bez pukania, „przewrócili kredens i śmiertelnie wystraszyli starszą panią”. Z takimi doświadczeniami nie da się porównać masowych egzekucji, bombardowania celów cywilnych, ostrzeliwania z powietrza kolumn uchodźców czy mordowania jeńców, czyli codziennych praktyk Wehrmachtu w 1939 roku.
W wielu wypadkach gdy brakowało ciężkiego sprzętu czy wsparcia lotniczego, niedostatki nadrabiano pomysłowością. Gdy 8 września pierwsze czołówki niemieckiej 4. Dywizji Pancernej dotarły pod Warszawę, stolicy broniła głównie luźna zbieranina lepiej lub gorzej przygotowanych oddziałów. Nikt nie spodziewał się tak szybkiego postępu nieprzyjaciela i obrońcom brakowało sprzętu do zwalczania czołgów i samochodów opancerzonych. Gdy jednak następnego dnia niemieckie czołgi spróbowały wedrzeć się do miasta ulicą Wolską, spotkała je niemiła niespodzianka. Polscy żołnierze z 8 kompanii 40. pułku strzelców lwowskich rozlali na bruku około setki beczek z terpentyną z pobliskiej fabryki pasty do butów. Gdy wrogie pojazdy znalazły się dostatecznie blisko, ulicę podpalono, a wraz z nią kilkadziesiąt czołgów i samochodów opancerzonych. Linię udało się utrzymać aż do kapitulacji stolicy trzy tygodnie później.
Pierwsze dni wojny okazały się dla Polaków szokiem. Szok jednak szybko mijał, a tempo niemieckiego natarcia coraz bardziej zwalniało. Po dwóch tygodniach walk osławiony Blitzkrieg, czyli wojna błyskawiczna, w zasadzie się zakończył. Polska armia przeszła do kontrnatarcia na północ od Łodzi (bitwa nad Bzurą), Niemcom nie udało się też wejść do Warszawy, musieli też toczyć ciężkie walki o każdy kilometr w Małopolsce. Mimo przewagi niemieckiej w powietrzu, nasi lotnicy strącili mniej więcej tyle samo samolotów wroga, co sami stracili. Wszystkim wydawało się, że wojna zbliża się do przesilenia. Na tyłach frontu zaczęto nawet otwierać szkoły podstawowe. 16 września w sztabie Naczelnego Wodza otwarto butelkę szampana.
Nastroje były świetne: zgodnie z układem sojuszniczym już następnego dnia Francja miała uderzyć na Niemcy od zachodu „większością swych sił”. W tym czasie Niemcy mieli tam ledwie ok. 25 słabych dywizji, Francuzi – kilkukrotnie więcej. Samej tylko artylerii mieli tam więcej, niż całe wojsko niemieckie w Polsce. Liczono się z tym, że konieczne będzie przegrupowanie sił polskich na wschód od Wisły, może nawet na wschód od Lwowa. Jednak Francuzi mieli odciążyć polskie wojsko na tyle, by jeszcze przed zimą dało się zakończyć tę wojnę. Zamiast planowanej ofensywy Francuzów, do Polski wkroczyli jednak Sowieci. 17 września przekreślił wszystkie te scenariusze, zarówno czarne, jak i pozytywne. Z ówczesnej perspektywy nic gorszego nie mogło już Polski spotkać.

polski


(1 votes, average: 4,00 out of 5)