Kosmici i ludzie
Raz na kilka pokoleń wybucha gdzieś na świecie wojna, która ma położyć kres wszystkim innym konfliktom. Ma wyrównać krzywdy, udowodnić racje czy przesunąć słupy graniczne w tę czy inną stronę. Po każdej z takich wojen literatura otrzymuje zastrzyk pomysłów na kolejnych bohaterów.
To oni posłużą za przykład do naśladowania chłopcom, którzy wezmą udział w kolejnej wojnie. A gdy wrócą (lub, lepiej, gdy bohatersko zginą), sami zajmą miejsce bohaterów wojen poprzednich. I tak w koło Macieju, od niepamiętnych czasów.
Rozkwaszony nos Kozietulskiego
Katon Starszy miał wierzyć, że ostateczne zniszczenie Kartaginy przyniesie Rzymowi pokój i dostatek. Prezydent USA Woodrow Wilson to samo mówił o pokonaniu Niemiec i Austro-Węgier w wojnie światowej. Miał wiele szczęścia w tym, że nie dożył kolejnej, która ? rzecz znamienna ? też miała być ostatnią. A na każdej z wojen ?dzieci zamienia się w mężczyzn? ? i potencjalnych bohaterów.
Do niedawna jeszcze każde dziecko w naszym pięknym kraju znało postać Jana Kozietulskie-go, bohaterskiego (a jakże!) dowódcy szarży szwoleżerów pod Somosierrą. Zgodnie z legendą miał poprowadzić nieco ponad setkę straceńców przeciwko doskonale ufortyfikowanym po-zycjom hiszpańskiej artylerii, w wąskim wąwozie wysoko w górach. Dopóki nikt nie zagłębia się w szczegóły szturmu z 1808 roku, wszystko gra: bohaterski bohater, wspaniałe dzieje, szable błyszczące w słońcu i ?amaranty zapięte pod szyją?. Wizja żywcem wyjęta z obrazów kossaków czy michałowskich.
Jednak wspomnienia weteranów wojen napoleońskich ukazują brudne zaplecze wspaniałej historii jak raz nadającej się do opowiadania dzieciom w czas zaborów. Okazuje się że Kozie-tulski prowadził szarżę przez pierwszych kilkaset metrów. Jednak tuż przed pierwszymi pozy-cjami zajmowanymi przez wroga padł pod nim koń, a sam dzielny pułkownik wrócił na pozy-cje wyjściowe piechotą, posiniaczony i z krwawiącym nosem. Gdy się głębiej wczytać, z mar-sowych oblicz literackich czy historycznych bohaterów wyziera gombrowiczowska gęba Fran-ka Dolasa.
Na tej właśnie dychotomii bohaterstwa i prozaiczności opiera się ?Wieczna wojna? Joe Hal-demana. Trwa ona przez tysiąclecia, choć zaczyna się ? jak wszystkie ? z błahego powodu. Podczas eksploracji kosmosu ludzki statek napotyka statek Obcych, po czym przestaje odpo-wiadać na wezwania z Ziemi. Wojskowi uznają to za wypowiedzenie wojny i nakazują odpo-wiedzieć atakiem na rasę, z którą kontakt nawiązali tylko raz, i to wzrokowy. Kosmici (zwani Tauranami, Aldebaranami lub Bykarianami, zależnie od tłumaczenia) nie są dłużni i obie rasy rozpoczynają absurdalną wojnę na wyniszczenie.
Saperką w nerki
Wojna z kosmitami zaczęła się z byle powodu. Nie mija kilka dni, a ludzie i kosmici wyrzynają się nawzajem, choć nawet nie próbowali się porozumieć. Jedni strzelają, drudzy odpowiadają ogniem, spirala śmierci się nakręca, choć przecież nie zależy to od niczyjej decyzji. Nikt nie wypowiada wojny, ona sama powstaje – i domaga się coraz więcej mięsa armatniego na od-ległych planetach i asteroidach.
Wikła się w nią William Mandella, porte-parole autora. Wraz z setką innych rekrutów bierze udział w absurdalnym szkoleniu wojskowym, na którym żołnierze uczą się m.in. jak zabić Tauranina ciosem wojskowej łopatki w nerki, choć nie wiadomo, czy nie mają oni dwudziestu metrów wzrostu, ani czy w ogóle nerki posiadają. Giną też jak muchy przez głupotę i doktry-nerstwo kaprali. Gdy w końcu ruszają do boju, z głowami wypełnionymi wiedzą i propagan-dowymi frazesami, wojna okazuje się równie brudna, co wszystkie poprzednie w historii ludzkości.
Podróże do gwiazd trwają wiele lat, nawet z prędkością bliską prędkości światła. Gdy Man-della wraca po pierwszej misji na Ziemię, okazuje się, że jego świata już nie ma. Choć w jego życiu minęło zaledwie kilka miesięcy, przez tzw. paradoks bliźniaków na Ziemi upłynęły całe dziesięciolecia. Wojsko, ze swym niezmiennym zbiorem zasad, zostają jedyną dla niego osto-ją. Jak Paul Bäumer z ?Na zachodzie bez zmian? Remarque?a czy Nick z ?Łowcy jeleni? (postać także wzorowana na bohaterach tego pisarza) wraca więc na wojnę, której nie popiera ani nie rozumie, ale też poza którą nie widzi innej drogi. Gdy wojna wreszcie się kończy, ludzie pytają Tauran dlaczego ją zaczęli. ? My? ? odpowiadają zdumieni Obcy. Każda wojna jest absurdalna, to wynika z jej definicji. Dlaczego więc dziwi taka właśnie odpowiedź?
Choć książka Haldemana na stałe weszła do kanonu amerykańskiej literatury science-fiction, ma zatrważająco wiele odniesień do wojny jak najprawdziwszej ? tej w Wietnamie. Nic dziw-nego, autor w azjatyckiej dżungli odsłużył kilka lat. Nazwisko głównego bohatera jest ana-gramem nazwiska autora, a jego doświadczenia pokrywają się ze wspomnieniami amerykań-skich weteranów konfliktu w Azji Południowo-Wschodniej.
Nie ma Itaki
Choć dla Mandelli wojna trwała ledwie kilkanaście lat, większość czasu spędził w stanie hi-bernacji lub w okrętach podróżujących z prędkością nadświetlną. W tym czasie dla Ziemian upłynęły tysiąclecia. Dlatego nie ma dlań powrotu do domu, bo ten przestał istnieć. To typo-we dla całego rodzaju ludzkiego, bowiem każda podróż w przestrzeni jest też podróżą w cza-sie. Gdy się kończy – z uporem godnym lepszej sprawy próbujemy wkroczyć ponownie do rzeki, z której wyszliśmy.
To stały motyw, tak w prozie, jak i w poezji. Tadeusz Borowski wrócił z drugiej wojny świato-wej z klinicznymi objawami tzw. syndromu Holocaust survivors. Stąd brały się jego pytania o to, dlaczego ocalał, choć tylu innych nie wróciło z rzezi. Wracało-nie wracało także wielu bohaterów literackich. Od Odysa, pod nieobecność którego Itaka zmieniła się nie do pozna-nia, przez tolkienowskiego Bilbo Bagginsa, po niemal współczesnych nam bohaterów wojen XX wieku.
Powroty nie muszą przecież oznaczać podróży międzygwiezdnych. Mur niezrozumienia wy-rósł między powstańcami warszawskimi a cywilami, choć jednych od drugich dzieliła zaled-wie odległość podwórek, a obie grupy od wspólnej normalności ? dni, a nie lata. Dotyczy to wszystkich ludzi, choć w przypadku weteranów wojen jest to proces najlepiej opisany.
Haldeman dowodzi, że weterani nigdy nie wracają do domu. W książce dla jego bohatera i jemu podobnych matuzalemów prawnuki przygotowały rezerwat, w którym wszystko było niemal ?jak za dawnych czasów?. W życiu Haldeman uciekł w literaturę, która miała ostrze-gać przed moralnymi i psychologicznymi następstwami przemocy i patriotycznego prania mózgów. Literatura ma ambicję zapobiegania wojnom. W tym, że co najwyżej staje się tera-pią dla weteranów, słychać chichot losu.



