To tylko gra
Działacze na rzecz praw człowieka ze zdumieniem skonstatowali, że gry komputerowe pozwalają na łamanie prawa międzynarodowego. To wielkie osiągnięcie, bo trudno dziś znaleźć pozycję, z której jeszcze gier nie krytykowano.Gry komputerowe od lat siedemdziesiątych są na świecie wygodnym chłopcem do bicia. Strzela się do nich zza każdej z ideologicznych barykad. Zgodnie z głosami krytyków mają produkować, zależnie od wersji, gwałcicieli (pół Japonii), morderców (FPSy), socjopatów (simy), złodziei (GTA) czy fatalnych kierowców. Tym razem ?Trial? i ?Pro Juventute? – dwie szwajcarskie organizacje praw człowieka – zleciły przebadanie ponad dwudziestu popularnych gier pod kątem łamania prawa międzynarodowego.
Specjaliści w towarzystwie prawników zasiedli przed komputerami i spędzili długie godziny grając m.in. w „Call of Duty 5” (zabawa w żołnierza na froncie II wojny), „Far Cry 2” (najemnik mordujący biednych murzynów) i „Army of Two” (tytuł zupełnie u nas nieznany, historia pary najemników w Iraku i Somalii). ? Chcieliśmy sprawdzić, czy działania podejmowane przez graczy stanowiłyby naruszenie praw człowieka gdyby zdarzyły się w prawdziwym świecie. Zadziwia brak jakichkolwiek zasad i sankcji ? czytamy w raporcie. Jego autorom nie przeszkadza jednak sama przemoc w grach.
Ich zdaniem twórcy gier powinni jednak przypominać graczom o istnieniu praw człowieka w realnym życiu. Sugerują tym samym, że działania podejmowane na ekranie komputera przekładają się na zachowania w prawdziwym świecie. Faktycznie, współczesne gry akcji, w szczególności te przedstawiające wojnę, pozwalają graczom na niemal nieograniczoną masakrę wszystkiego, co się rusza. Można strzelać do cywilów (choć niektóre gry karzą takie zachowania) i wysadzać w powietrze cywilną infrastrukturę, jak domy i szpitale. Może więc argumenty Szwajcarów są słuszne? Tak, jeśli tylko uznamy, że odbiorca gry komputerowej, kinowy widz czy czytelnik nie rozróżniają prawdy od fikcji.
A tak nie jest. Siły zbrojne Stanów Zjednoczonych i Wielkiej Brytanii już wiele lat temu przeprowadziły szeroko zakrojone badania zachowań graczy wśród żołnierzy. Ich wynik jednoznacznie potwierdził, że to, czy ktoś na ekranie komputera morduje całe wioski, czy też w grach jest do wirtualnego świata nastawiony przyjaźnie i pokojowo, nie przekłada się w żaden sposób na jego zachowania w prawdziwej strefie wojny.
Ale nie musimy szukać za oceanem, podobny eksperyment historia przeprowadziła w Polsce w latach drugiej wojny światowej. Przez wszystkie polskie formacje wojskowe przewinęło się, lekko licząc, trzy miliony mężczyzn. Większość z nich wychowała się na przygodach Wołodyjowskiego, Skrzetuskiego i Kmicica. W sienkiewiczowskiej trylogii opisów palenia wsi, torturowania niewinnych, wbijania na pal, dobijania rannych i poddających się do niewoli nie brakuje, a co dopiero mówić o niszczeniu własności prywatnej. Pamiętacie jak ślicznie opisano wachmistrza Luśnię i jego zabawy z palem? A jednak mało kto z tej rzeszy polskich żołnierzy spod wszelkich sztandarów dopuszczał się podobnych zbrodni w rzeczywistości. Trywializując, to nie kółko i krzyżyk czy komputerowy pasjans tworzą zbrodniarzy wojennych.
To jasne, że w każdym pokoleniu znajdzie się jakiś kilkulatek, który od mamy próbującej wmusić w niego syrop na kaszel usłyszy, że to ?magiczny sok z gumijagód? ? i wyskoczy przez okno, pewien że nic mu się nie stanie (historia prawdziwa!). Tak samo w archiwach prasowych na całym świecie znajdzie się też pewnie mnóstwo przypadków ofiar gier komputerowych. Ale nie przesadzajmy, na tej samej zasadzie można przecież szukać ofiar piłki nożnej, zdrowego żywienia czy szachów. W ten sam sposób miały młodzież deprawować brutalne filmy, groszowe romanse czy telewizja. Tyle że pierwsze pokolenia tych, których do złego miała prowadzić telewizja, dobiegają już siedemdziesiątki. Ci, którzy na filmach z Brucem Lee mieli uczyć się jak we śnie mordować własne rodziny, coraz częściej mają już własne wnuki. I świat się mimo wszystko nie zawalił. To prawda, gracze notorycznie łamią prawa człowieka. Codziennie łamią też prawa fizyki. Ale nawet najmłodsi z nich wiedzą, że to tylko gra.
? Krzysztof Machocki


