Rodzina na swoim ? tylko czyja?
W zeszłym roku rząd wydał blisko 100 mln zł na dopłaty do kredytów mieszkaniowych. Najłatwiej uzyskać je tym, którzy i tak mają gdzie mieszkać. W dużym uproszczeniu wydatki z budżetu można podzielić na inwestycje, które w przyszłości przyniosą obywatelom zysk, i koszty utrzymania państwa. Jest jeszcze trzecia kategoria: pieniądze wyrzucone w błoto w imię szczytnych celów. Wiele wskazuje na to, że właśnie do tej ostatniej kategorii trafiają miliony złotych w założeniu mających wspierać małżeństwa bez środków na własne mieszkanie. Pod koniec 2006 roku Sejm zgodził się, by małżeństwom i osobom samotnie wychowującym dzieci dopłacić z budżetu do zakupu własnego mieszkania. Dzięki ustawie połowa odsetek od kredytów na zakup własnego M-ileś może zostać spłacona przez państwo. Jednak początkowo limity cenowe lokali określone w ustawie powodowały, że jedynie nikły procent mieszkań dostępnych na rynku nadawał się do programu.
Trudno się oprzeć wrażeniu, że właśnie o to chodziło projektodawcom programu ?Rodzina na swoim?, jednego ze sztandarowych przedsięwzięć rządu PiS. Rząd wyraził troskę losem rodzin, program przyjął i ogłosił w mediach, a zainteresowanie nim pozostało znikome. Kryzys na rynku mieszkaniowym i zeszłoroczna nowelizacja ustawy zmieniły jednak losy programu, którego nazwę ukuto jeszcze za czasów Mariana Krzaklewskiego. Ceny nieruchomości spadają, więc coraz więcej mieszkań kwalifikuje się do preferencyjnych kredytów, które zyskują na popularności z każdym miesiącem. Dopóki program był martwy, jego grzechy pierworodne były niemal nieszkodliwe. Dziś jednak stają się coraz większym obciążeniem dla budżetu ? tym większym, że skorzystać z niego może praktycznie każdy.
W założeniu ?Rodzina na swoim? miała stymulować budownictwo ?dla ludu?, wspierać polskie rodziny, najchętniej młode małżeństwa z dużych miast, które nie mogą liczyć na pomoc krewnych w kupnie własnego lokum. Faktycznie jednak pomaga tym, którzy mają gdzie mieszkać i mogą sobie pozwolić na kupno kolejnego mieszkania. Zgodnie z ustawą osoba podpisująca umowę nie może być właścicielem, współwłaścicielem a nawet najemcą żadnego lokalu mieszkalnego. Nic jednak nie stoi na przeszkodzie, by z kredytu skorzystali na przykład emeryci, którzy własny wielorodzinny dom przepisali na dziecko. W czasach, gdy miejsce zameldowania rzadko kiedy pokrywa się z miejscem zamieszkania, kontrola nad tym komu pomoc państwa powinna przysługiwać jest mrzonką.
? Krzysztof Machocki



