Spal sąsiada!
To nieprawda, że nasi politycy nie uczą się na błędach. Uczą się aż za dobrze. Kiedy w 1997 premier Włodzimierz Cimoszewicz powiedział ludziom prawdę, że trzeba się było ubezpieczyć, SLD w podskokach przegrało wybory. Od tego czasu nie ma w naszym kraju stronnictwa, które w sytuacji takiej czy innej katastrofy nie sypnęłoby groszem „na powodzian”, „na pogorzelców”, „na rodziny” itd.
No i mamy kolejną powódź. Jeszcze główna jej fala nie dotarła do Bałtyku, a już się zaczął spektakl. Rząd wysupłał skądś (tzn. z naszych podatków) po kilka tysięcy na podtopionego. Od razu PiS przelicytował, że gdyby był u władzy, na pewno wysupłałby więcej. I nikomu do głowy nie przyszło by powiedzieć głośno, że nieubezpieczeni bardzo często sami są sobie winni. Jeśli ktoś pracuje na wysokościach, istnieje niebezpieczeństwo, że zleci na zbity pysk. Jeśli mieszka pod wulkanem, może mu grozić zalanie lawą, błotem lub zasypanie popiołem. Jeśli mieszka nad rzeką w kraju, gdzie rzeki tradycyjnie co kilka lat wylewają, to ryzyko powodzi powinien chyba brać pod uwagę.
Ale nie, wręcz przeciwnie, cała nasza kochana klasa polityczna stara się przekonać Polaków, że ubezpieczać się nie należy, bo przecież jakby co – społeczeństwo pomoże. Jedyny warunek jest taki, by ofiar było więcej. Dlatego pamiętaj, drogi współobywatelu: jeśli płonie twój dom – koniecznie spal też sąsiada. A najlepiej całą dzielnicę/wieś/osiedle. Wtedy parę kafli z budżetu państwa masz jak w banku. A nawet lepiej niż w banku, bo bez odsetek, podatku i konieczności spłaty.
P.S. Pierwotnie notka miała być dłuższa, bardziej zawiła i z duuużą ilością liberalnych klasyków, ale Robert Gwiazdowski mnie ubiegł (konkretnie tu, tu i tu).


