Na cholerę ci prezydent?
No dobra. Pośmialiśmy się z wpadek Gajowego, podrwiliśmy z Przemiany (TM) Jarka, z zapartym tchem śledziliśmy thriller pod tytułem „Czy Napieralski w końcu przypomni sobie, że nie jest ani z PO ani z PiS”. Tylko co z tego?
Wzmożenie. Bardzo modne słowo. Przyspieszona kampania wyborcza zaowocowała republikańskim wzmożeniem także wśród wielkomiejskiej ciągle-jeszcze-młodzieży (tak, drogie robaczki, to komplement), wśród której obracam się na co dzień. Rozmowy o polityce, spory gorące o mniejsze zło, rozważania o charyzmie i nijakości… klimat niemal jak z roku 1989. Ale wybory się skończyły, połowa Polaków dała głos, druga połowa dała nogę… i co? I nic. Bo zastanówcie się przez chwilę: na cholerę nam prezydent.
Raczej nie należycie do Stowarzyszenia Patriotycznego Grunwald, nie wbijacie w wolnych chwilach mieczyków Chrobrego w uświęconą krwią bratnią ziemię, z prezydenta jako głowy państwa i narodu nie korzystacie, bo zwisa wam kto dostał od niego medal albo od kogo ów odebrał gratulacje. Na co dzień prezydent służy wam do tego samego, do czego służy rząd. Ma sprawnie podpisywać co ma do podpisania, uśmiechać się do obiektywów i nie robić wiochy za granicą, żeby wstydu nie było.
Pietrzak śpiewał kiedyś swój słynny protest song „Żeby Polska była Polską”. Piosenka do dziś robi furorę („od Chicago do Tobolska”), co i rusz ktoś sobie tą Polską gębę wyciera i sugeruje, że ten Polskę zniszczy, a ów jej pomoże wrócić na należne jej miejsce (którego nigdy nie zajmowała, ale co tam). Noż w mordę i nożem, przecież to slogan równie pusty, co „Zgoda buduje” czy „Polska jest najważniejsza”. Pustosłowie. Ojczyzna była tutaj od zawsze. Była Polską pod butem ruskim, pruskim czy francuskim, gdy Niemiec pluł nam w twarz i dzieci nam germanił, jakoś się od tego nasza ojczyzna nie zawaliła. Nadal miała się dobrze, choć w ogóle bez rządu ani prezydenta.
W czasach Kaczyńskich, Lepperów i Giertychów też jakoś nam się Przenajświętsza nie rozpadła. Owszem szkodzili, owszem nie budowali autostrad ni nowych linii kolejowych, zajmowali się za nasze pieniądze całą masą bzdurnych i nikomu niepotrzebnych spraw (becikowe, berecikowe, dzika lustracja, walka z lekarzami itd), ale Polska miała się nieźle. Zarabiało się nadal przyzwoicie, knajp nam raczej nie zamykali (z wyjątkiem Le Madame), do kin cenzury nie wprowadzili. Owszem, spierniczyli do reszty TVP, ale serio, kto z was jeszcze oglądał telewizję publiczną?
Kolejne wybory wygrał Bronisław Komorowski. Jaki jest, taki jest, ale daje nadzieję na trochę normalności. Takiej, w której prezydenta z naszej perspektywy prawie nie widać. Nie wciera się, nie puszy, nie walczy ze wszystkimi i o wszystko. Mamy prezydenta, który daje nadzieję na to, że będzie w miarę niewidoczny. Przynajmniej dla tych, którzy go nie potrzebują na codzień.


