Jak dobrze być z Zachodu
Na Białorusi 19 grudnia odbyły się kolejne pseudowybory prezydenckie. W Warszawie pod białoruską ambasadą zebrało się kilkadziesiąt osób, do tego drugie tyle dziennikarzy. Pokrzyczeli, popstrykali zdjęcia, rozeszli się do domów. Polska zapomniała o nich jeszcze tego samego wieczora. I tak powinno być.
Kilka lat temu Muzeum Powstania Warszawskiego wydało drukiem wspomnienia alianckich lotników biorących udział w lotach z zaopatrzeniem dla walczącej stolicy w 1944 roku. Podczas promocji książki jeden z nich, obecnie emerytowany generał lotnictwa Południowej Afryki, wspominał, że zdaje sobie sprawę, że większość z zasobników z bezcenną bronią, lekami i amunicją spadła na tereny zajęte przez Niemców. Ze łzami w oczach odpowiedział mu jeden z weteranów z AK, że tak naprawdę to nie broń była najważniejsza. Dużo ważniejszy był widok alianckich samolotów nad Warszawą, dowód, że nie jesteśmy sami.
Widać taki już los społeczeństw cierpiących, że chwytają się każdej nadziei, każdego pocieszenia. W balladzie o Janku Wiśniewskim z goryczą śpiewaliśmy, że ?świat się dowiedział, nic nie powiedział?, ale też w latach 80. opozycyjna prasa donosiła o każdym śladzie poparcia ze strony społeczeństw Zachodu. W głowach obywateli PRL demonstracje solidarnościowe na Placu Gwiazdy w Paryżu czy pod polską ambasadą w Londynie wyglądały tak, jak nasze demonstracje w rocznicę wprowadzenia stanu wojennego: tłumne, masowe, z petardami, flagami i transparentami. Tymczasem zazwyczaj uczestniczyło w nich po kilkadziesiąt, kilkaset osób, z czego większość i tak stanowiła Polonia, a resztę – dziennikarze. Byle zadyma kibiców piłkarskich jest w stanie zebrać więcej uczestników.
Nawet nasze, środkowoeuropejskie demonstracje lat 80. były w świecie pewnym wyjątkiem, pewnym wynaturzeniem. W ?Zrób sobie raj? Mariusz Szczygieł opisuje wydarzenia Aksamitnej Rewolucji oczyma jednego z jej uczestników. ? Jechałem wtedy tramwajem i widziałem na własne oczy te nieprzebrane tłumy na Placu Wacława ? opowiada jeden z rozmówców polskiego dziennikarza. I co, przyłączył się do radosnego tłumu chcącego obalić neostalinowską dyktaturę? A skąd, przecież to środek tygodnia, spieszył się do pracy.
O niedawnej demonstracji poparcia dla naszych wschodnich sąsiadów napisały też opozycyjne portale białoruskie. Może to i dobrze, że nie pisały o liczbie jej uczestników, w końcu nie ona się liczy. Kiedyś i Białoruś doczeka się demokratycznych wyborów i tego, co my już dziś uważamy za normalność. Wtedy Białorusini będą mogli legalnie zebrać się pod ambasadą na przykład Chin i wyrazić poparcie dla walki o prawa Tybetańczyków. Zapewne przyjdzie ich kilkudziesięciu. A następnego poranka Białoruś obudzi się do codziennej pracy i zapomni o Tybecie, Birmie czy Wenezueli. I tak powinno być.



[...] czytaj>>> [...]